Ostatnia aktualizacja: 02.01.2017 r.

Autor

Strona główna
O autorze
Napisz do mnie

Moje wojsko

Wstęp
WSO Toruń
Praktyka w JW 1891 Chełm
Początki
Codzienność
O ludziach
Zakończenie

Szkoła Podchorążych Rezerwy

Wykaz SPR-ów
Historia
Opinie
Słowniczek poMONcniczek
por. Adnik radzi
Najciaśniejsze trepy

Kurs Szkolenia Rezerw

Informacje ogólne
KSR w Poznaniu
KSR w Toruniu
KSR we Wrocławiu

Różne

Linki wojskowe
Skąd się biorą trepy
Na papierze
8 lat po wojsku
Na papierze - Paragraf 13

Moja fotogaleria

WSO Toruń
JW 1891 Chełm
Koci Ogon

Statystyka

 
Gadu-gadu:
628 004

 

Copyright 1998-2017 by
Paweł Siekański
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISO 8859-2
Serwis istnieje od 28.01.1998 r.

"Żyj tak, by nikt przez ciebie nie płakał"

>> Moje wojsko: WSO Toruń

Moja przygoda z wojskiem zaczęła się dokładnie 1 kwietnia 1998 roku, ale jednak Wojskowa Komenda Uzupełnień pamiętała o mnie przez cały czas trwania moich studiów na Akademii Ekonomicznej w Krakowie oraz nawet po ich ukończeniu. Zresztą dziwne by było, gdyby wtedy o mnie zapomniała. No ale po kolei ...W dniu 14 października 1997 roku zakończyłem studia, broniąc pracę magisterską. Za niespełna dwa miesiące w skrzynce pocztowej znalazłem avizo z adnotacją "pismo urzędowe", no i jasne dla mnie było, że armia znowu się o mnie dopomina. Znane wszystkim poborowym "Wezwanie w sprawie powszechnego obowiązku obrony" było teraz również i w moich rękach. Choć biletu jeszcze nie miałem, to czekała mnie podróż do Rejonowej Komisji Lekarskiej w Krakowie w celu "określenia kategorii zdrowia". No cóż, od pierwszej komisji upłynęło przecież sporo czasu, więc wojsko chciało wiedzieć, czy aby przypadkiem nie podupadłem na zdrowiu. Ależ oni troszczą się o zdrowie poborowych ... Kraków, ulica Montelupich, to bardzo przygnębiające miejsce. Znajduje się tam bowiem - oprócz jednostki wojskowej - również więzienie. Na bieganiu po korytarzach wojskowego szpitala spędziłem cały dzień. I na pewno nie jest to nic przyjemnego, tym bardziej, że każdego z nas traktowano jak potencjalnego symulanta. Dobrze, że trwało to tylko jeden dzień, chociaż uważam, że jeden dzień za dużo. Przyjechałem do domu wykończony psychicznie, bowiem sposób przeprowadzania "określania stanu zdrowia" był po prostu żałosny. Myślę, że można sobie oszczędzić szczegółów, tym bardziej, że wiem, że już nigdy to się nie powtórzy. Wkrótce po Nowym Roku otrzymałem pocztą odpis orzeczenia lekarskiego, a w dniu 27 stycznia 1998 roku zgłosiłem się na WKU celem "powołania do SPR". A mówiąc potocznie - celem otrzymania biletu do wojska.

Absolwent wyższej uczelni, jako szeregowy podchorąży może być skierowany do kilku SPR-ów znajdujących się w całej Polsce. Wymienię tu takie miasta jak Olsztyn, Poznań, Piłę, Toruń, Jelenią Górę, Oleśnicę koło Wrocławia. Pełny wykaz znajduje się na WKU. Trzeba mieć jednak świadomość, że są SPR-y lepsze i gorsze (wiadomo co mam na myśli). Są takie, gdzie pobyt można zaliczyć jako pewnego rodzaju przygodę, ale są też takie, gdzie o godności człowieka zapomniano. Ktoś, kto kiedykolwiek będzie miał możliwość wyboru podczas wypisywania biletu powinien śmiało prosić o Toruń. Sprawdziłem na własnej skórze. Natomiast należy wystrzegać się Piły. Miałem okazję porównać doświadczenia z chłopakiem, który tam właśnie trafił. O innych miastach nie mogę wiele powiedzieć. Jedno jest natomiast pewne, że służba wojskowa absolwentów wyższych uczelni jest inna niż chłopaka, który trafia do zasadniczej. Przekonałem się o tym osobiście ....

Bilet - to dokument uprawniający do przejazdu autobusem, tramwajem, pociągiem, albo też do wejścia na koncert, do teatru, czy na basen. Ja zaś otrzymałem bilet szczególny - znany wielu młodym chłopakom - bilet który zakłócił nieco moje sielankowe życie urzędnika państwowego w Regionalnej Izbie Obrachunkowej. Uprawniał mnie on bowiem do przejazdu pociągiem PKP osobowym lub pospiesznym w klasie 2 albo autobusem PKS z prawem przesiadania najkrótszą drogą z miejsca zamieszkania do miasta Toruń.

Jak na ironię losu do tegoż miasta miałem się stawić w dniu 1 kwietnia 1998 roku. Prima Aprilis? NIE! Najprawdziwsza prawda i co ciekawsze - urodziny w wojsku. Tak, bowiem urodziłem się dokładnie 1 kwietnia dwadzieścia osiem lat wcześniej. Co za super sprawa. Myślałem dalej - lato w wojsku, wakacje w wojsku, przewidywany termin opuszczenia tej instytucji ustalono na 25 września 1998 r. W związku z tym, musiałem na jakiś czas odłożyć sprawy zawodowe i spełnić obowiązek wobec Ojczyzny, która mnie wezwała. O godzinie 14.00 stanąłem pod bramą Wyższej Szkoły Oficerskiej im gen. Józefa Bema, i po raz pierwszy w życiu nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Wchodzić, nie wchodzić, zawrócić, a może przyjść za godzinę. Serce waliło mi jak opętane, a przecież kawy nie piłem. Jeszcze nigdy tak strasznie się nie bałem. Bo tego uczucia nie można inaczej nazwać jak strach. Towarzyszy mu również poczucie bezsilności i zarazem buntu. Nasuwają się pytania - dlaczego ja? co ja tu robię? No i to przeświadczenie, że nie ma możliwości odwrotu. Ta brama to początek tzw "przerwy w życiorysie" Ta brama, to również początek nowej szkoły życia, początek nauki przetrwania. Ta brama to przede wszystkim koniec własnej indywidualności. Myślę, że ten moment zapamiętam do końca życia. I pewnie każdy, kto kiedyś był w wojsku przeżywał to samo. Można jednak oderwać się od rzeczywistości wlewając w siebie trochę napojów wyskokowych i wtedy już jest wszystko jedno. Ale to tylko wyjście awaryjne, które nic nie zmieni, a jedynie przyniesie później gigantycznego kaca. Przekroczywszy bramę jednostki rozpocząłem tym samym "długotrwałe przeszkolenie w SPR". Cóż oznacza ten magiczny skrót. Za czasów mojej służby w Toruniu funkcjonowały takie jego tłumaczenia:

Szkoła Podchorążych Rezerwy - (w wersji oficjalnej)
Siły Powolnego Reagowania - (w wersji mniej oficjalnej)
Spierdolone Pół Roku - (w wersji najmniej oficjalnej) 

Kiedyś służba wojskowa absolwentów wyższych uczelni trwała 12 miesięcy. Inny był też skrót: -SOR, czyli: Szkoła Oficerów Rezerwy lub bardziej dosadniej Spierdolony Okrągły Rok.

Tego dnia skłaniałem się do stwierdzenia, że najbliższe miesiące to będzie rzeczywiście "spierdolone pół roku". Wraz z innymi poborowymi bardziej lub mniej zadowolonymi z zaistniałej sytuacji udałem się do pomieszczenia, gdzie rozpoczęła się procedura wcielania do SPR. Znowu komisja. Po kolei przechodziliśmy z krzesełka na krzesełko, podpisując, wysłuchując, itd., itp. Najważniejszą czynnością w tym etapie było oczywiście wbicie stosownej pieczątki do dowodu osobistego, aby pamiątka została dla potomności. Toruń przywitał mnie jednak dosyć nietypowo. Otóż kiedy przyszła moja kolejka podczas wcielania do SPR, siedzący po przeciwnej stronie kapitan dokładnie przestudiował dane z mojej książeczki wojskowej, po czym wstał, uśmiechnął się, podał mi rękę i powiedział: -"Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Panie Podchorąży, widzę, że WKU Kielce Śródmieście zrobiło Panu ciekawy prezent urodzinowy". Początkowo mnie zamurowało, nie wiedziałem co odpowiedzieć, ale po chwili stwierdziłem: -"Czy ciekawy to się dopiero okaże." Moja data urodzin jest dosyć szczególna, dla jednych śmieszna, a ja uważam, że jedyna - 1 kwiecień. Pomimo, że tego dnia byłem trochę podminowany i do śmiechu mi nie było, to jednak to wydarzenie trochę mnie wyluzowało.

Procedura biurokratyczna zakończyła się fryzjerem i pożegnaniem z cywilnymi ciuchami. Wręczyli mi również jakąś małą karteczkę i powiedzieli, że mam jej pilnować jak oka w głowie. Jak się później okazało, był to mój przydział do plutonu "DANA". Nic mi ta nazwa nie mówiła. No ale przecież w wojsku byłem zaledwie od kilku chwil. Później nastąpił etap drugi - czyli zmycie cywilnego brudu w łaźni (była ciepła woda) oraz pierwszy kontakt z BGS-ami, czyli Bojowymi Gaciami Sportowymi. Jedni dostali je zawiązywane na sznurek, inni na gumkę. Te na gumkę są lepsze, bo po prostu nie spadają z tyłka. Bojowość tych gaci można docenić już w krótkim czasie. Jak wojsko istnieje, BGS-y są nieodłącznym atrybutem żołnierza, który ma je na swoim stanie i pomimo, że jest to tylko kawałek materiału, to jego wartość jest kolosalna. Przekonał się o tym ten, kto je zgubił, któremu zostały podprowadzone, albo po prostu je wyrzucił. W wojsku wszystko ma swoją wojskową cenę. Jest ona zazwyczaj parokrotnie wyższa od normalnej. Dlatego nawet takie BGS-y potrafią skutecznie ogołocić portfel z i tak niskiego żołdu. Dostaliśmy również przybornik toaletowy, gdzie znajdowały się wszystkie niezbędne dla żołnierza przybory toaletowe. Co z tego, że mydelniczka się nie zamykała, co z tego, że szczoteczka do zębów była nowa, skoro i tak nie nadawała się do mycia zębów. Następny etap to sala gimnastyczna, gdzie nastąpiła długa przerwa, bo personel lekarski i panie od mundurów udały się na zasłużony obiad, a my siedzieliśmy sobie na ławeczce i czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy, pewnie byśmy czekali tak do nocy, aż w końcu doczekaliśmy się. Po szybkich oględzinach lekarskich i szczepionce przeciw tężcowi rozpoczęło się przymierzanie mundurów i butów. Cywilne ciuchy powędrowały do wielkiego papierowego wora, a od tej pory moim ubraniem był nowy mundur z biało-czerwoną flagą na ramieniu, czarne opinacze i zielony beret. Podpisałem wkładkę mundurową i poczułem się już prawie podchorążym. Nawet nie zorientowałem się, jak czas tego dnia szybko płynął.

Zmęczony, wystraszony, niepewny jutra, udałem się wraz z innymi podchorążymi do nowego miejsca zakwaterowania. Był to duży budynek, a na pierwszym piętrze duża zielona tablica nad drzwiami oznajmiała "Szkoła Podchorążych Rezerwy". Długi korytarz z biurkiem podoficera dyżurnego lśnił czystością, a sale czekały już na nowych lokatorów. Trafiłem do sali, gdzie jeszcze nikogo nie było, więc mogłem sobie wybrać spośród dziesięciu miejsc to jedno jedyne i czekać na dalszy rozwój wydarzeń. Powoli sala zaczęła się wypełniać nowymi lokatorami, jak się później okazało, praktycznie ze wszystkich stron Polski. W międzyczasie musieliśmy obszyć pagony munduru i bechatki biało-czerwonym makaronem, jak nazywali ten cienki sznureczek żołnierze, a także naszyć odznakę "SOR", w Toruniu bowiem funkcjonowały jeszcze stare odznaki, a także zaznajomić się ze sposobami ścielenia wozów. Otóż w wojsku obowiązują trzy sposoby ścielenia łóżka: pierwszy-na noc, drugi-po nocy na wietrzenie i trzeci na dzień. Tego dnia pomaszerowaliśmy jeszcze z dyżurnym na kolację, uczestniczyliśmy w wieczornym apelu na sprawdzenie stanu i punktualnie o godzinie 22 zgasło światło na salach, kończąc tym samym mój pierwszy dzień w wojsku. Od następnego dnia miałem być żołnierzem -artylerzystą z wykształcenia.

Zamieszkałem w pokoju 10-cio osobowym, który miał numer 102, a który później powiększył się do 11 osób i został przemianowany na RUDEGO. W początkowym okresie pobytu głównym zajęciem codziennym była nauka tzw. żołnierskiego zachowania i obycia szeroko rozumianego -od sposobów ścielenia łóżek (patrz wyżej), co i gdzie może leżeć w szafce i takie tam inne szczegóły. Wysłuchując tego wszystkiego zacząłem sobie zadawać pytanie -gdzie ja trafiłem? Co tu jest grane? Wszystko było dla mnie początkowo niezrozumiałe, śmieszne i dziwne. Dlaczego kubek musi być w tym miejscu, dlaczego w szafce rzeczy muszą być tak, a nie inaczej poukładane. Początkowo trudno mi było się do tego wszystkiego przyzwyczaić. Zresztą nie tylko mnie, bo inni też patrzyli na to z rezerwą. O kurde, "rezerwa" - jakże odległa to jeszcze perspektywa. No i na dodatek musiałem zrezygnować z wielu własnych przyzwyczajeń. Z dnia na dzień wtapiałem się w jednolitą masę ludzi, tworząc ogniwo zwane plutonem "Dana". Kiedyś tajemnicza dla mnie nazwa teraz była moim chlebem codziennym. Pluton do jakiego trafiłem to 152 mm armatohaubica samobieżna "Dana" wz.77. Na zajęciach "Budowa i eksploatacja sprzętu artyleryjskiego" dowiedziałem się m.in. że ta Dana to całkiem "ekonomiczny" pojazd, bowiem zużywała 65 l / 100 km po szosie,- 80-178 l / 100 km paliwa w terenie.

Ale najważniejszą sprawą w początkowym okresie szkolenia unitarnego była oczywiście musztra. Więc tupaliśmy sobie po placu pojedynczo, parami, czwórkami, krokiem defiladowym i zwykłym. A wszystko po to, by dobrze przygotować się do przysięgi, którą w naszej szkole zaplanowano na dzień 25 kwietnia. To nic, że przez kilka pierwszych dni chodziliśmy po placu jak cyborgi, wykonując nieskoordynowane, śmieszne ruchy, które w niczym nie przypominały kroku defiladowego. To nic, że z daleka wyglądaliśmy jak grupa niepełnosprawnych w ośrodku rehabilitacji. Ale przecież wytrwałością i pracą ludzie się bogacą, jak mawia przysłowie.

I tak płynęły kwietniowe dni w tej zielonej rzeczywistości, aż wreszcie cały turnus SPR przystąpił śmiało do najważniejszej uroczystości dla każdego żołnierza czyli do przysięgi. Podniecenie w tym dniu sięgało zenitu, zarówno wśród nas, jak i wśród całej kadry zawodowej. (Ciekawe u kogo było większe?) Przyjechała rodzina, znajomi. Część oficjalna przebiegła bardzo sprawnie (był nawet ksiądz) i od tego dnia staliśmy się prawdziwymi żołnierzami (oficjalnie). Tego dnia każdy z nas udał się również na drugi już urlop, bądź przepustkę. Tak, tak, to nie jest pomyłka, ale o tym później. Codzienność wojskową w zasadzie można opisać w kilku słowach: pobudka, poranny rozruch fizyczny, śniadanie, zajęcia, obiad, apel, kolacja w koszarach albo na mieście, cisza nocna od godziny ....... (w zależności o której dany pan podchorąży wrócił z przepustki stałej).

Ranne wstawanie- było utrapieniem większości podchorążych. Wstawanie o godzinie 6.00 nie należało do przyjemności, szczególnie dla tych, którzy jeszcze tak niedawno żyli i oddychali pełną piersią studenta, mieszkając sobie w akademiku albo na stancji. W moim przypadku taka godzina nie była straszna, ponieważ w cywilu naginałem na 7.30 do pracy, więc z konieczności trzeba było wcześnie wstawać.

Poranny rozruch fizyczny (zaprawa) - zaspanego człowieka wygania się na dworek, żeby sobie pobiegał. A co ciekawsze, to fakt, że nie można sobie wyjść w dowolnym stroju np. w dresie albo w BGS-ach, albo nago. Strój ustala oficer dyżurny jednostki - więc równie dobrze można sobie pobiegać w mundurze i opinaczach. Również trasa była ustalona odgórnie. Grunt to dobra organizacja. Nie mam nic przeciw uprawianiu sportu, ale może trochę w innym wydaniu. Bieg wyglądał mniej więcej tak, że za pierwszym rogiem jedni szli w krzaki na porannego papieroska, inni szli sobie powoli z rękami w kieszeniach, ot takie ściemnianie.

Po zaprawie następowała toaleta poranna z obowiązkowym goleniem, ścielenie wozów na wyjściowo, ostatnie porządki na salach i wymarsz na śniadanie. Stołówka przy WSO była dosyć pokaźnych rozmiarów. W kolejce do "okienka" pobierało się metalową tacę, na którą każdy podchorąży dostawał przysługującą porcję. Dużo by można pisać na temat jadłospisu, ale jeżeli chodzi o śniadania, to narzekać nie można. Oczywiście, że nie każdy musi kochać zupę mleczną, ale do tego bułeczki, ser, dżem i jakaś kiełbasa. Pomimo, że wojskowe jedzenie domowego raczej nie przypomina, to ma ono jedną ważną zaletę. Posiłki o stałych porach, 3 razy dziennie, raczej korzystnie wpływają na funkcjonowanie organizmu. Przez okres wojska mój organizm wyregulował się jak zegarek.

Zajęcia dydaktyczne - najważniejszy punkt całego pobytu na szkółce. Przypominał do złudzenia wykłady na studiach. Z małym wyjątkiem - tu wykłady były obowiązkowe. Nie można było sobie odpuścić np Taktyki albo Współczesnych problemów bezpieczeństwa. Przedmiotów było dużo, nawet bardzo dużo, jak na trzy miesiące - najlepsze były jednak te, które kończyły się tylko zaliczeniem. Poziom zaangażowania poszczególnych podchorążych na zajęciach oscylował w granicach stanów średnich ze wskazaniem na patrzenie na wykładowcę (pierwsze ławki), rozwiązywanie krzyżówek (środek sali), spanko, drzemka, kimka (ostatnie ławki). Ale czyż na studiach cywilnych wykłady nie wyglądają podobnie? A tak na marginesie, czy wiesz czytelniku, co to jest kałuża w ujęciu definicji z taktyki? Otóż "Kałuża to akwen wodny o niewielkim znaczeniu strategicznym". Trafiały się również zajęcia, na których można było się dowiedzieć czegoś ciekawego. Np. SIKO, czyli Strzelanie i kierowanie ogniem. Na tych zajęciach prowadzący pułkownik M uświadomił nam, że jesteśmy "dupy", bo daliśmy się wciągnąć do SPR-u, co natychmiast wywoływało burzę dyskusji, ale w niczym nie zmieniało naszego położenia. Jednak szczególnie mile będę wspominał geodezję. Wykładowca, Pan pułkownik swoim stylem bycia sprawiał, że czas nigdy się nie dłużył. Nawiasem mówiąc bardzo lubił podchorążych, bo sam nim kiedyś był. Ot, ukończył cywilną uczelnię, zabrali Go w kamaszki a później został już na stałe. TOPO to bardzo ciężki przedmiot, ale jednocześnie ciekawy. Sporo teorii, ale jeszcze więcej praktyki w terenie z wykorzystaniem nie zawsze sprawnych pomocy naukowych, oczywiście wojskowych. Dla mnie ten przedmiot był czarną magią. No może nie zawsze, bo przecież kiedyś byłem harcerzem i terenoznawstwo nie było mi obce. Ale im dalej w las tym więcej drzew, więc i następne zagadnienia wprawiały mnie o zawrót głowy. Niemniej jednak wszystko pilnie notowałem i był to jeden z nielicznych przedmiotów z którego miałem kompletne notatki, przydatne później na egzaminie.

Nieodzownym elementem wojskowej edukacji w Szkole Podchorążych Rezerwy było również tzw samokształcenie. Podnosiło ono bowiem naszą znajomość zagadnień wojskowości na poziom maksymalny, szczególnie gdy odbywało się to w pubie Koci Ogon, gdzie większość podchorążych udawała się po południu, aby w spokoju przeanalizować i utrwalić przerobiony dotychczas materiał. Pogłębianie tajników wiedzy wojskowej było zajęciem bardzo uciążliwym i kosztownym, ponieważ w procesie ustawicznego samokształcenia organizm podchorążego zmuszony był do przyjmowania dużej ilości płynów chłodzących w postaci wody mineralnej lub innej oranżady aby nie doszło przypadkiem do nadmiernego przegrzania szarych komórek pracujących na najwyższych obrotach. Intensywność samokształcenia malała z upływem dni, ponieważ malała również zasobność portfela pana podchorążego. Budującym był fakt, że wielu panów podchorążych nawet się zadłużało u kolegów aby móc kupić jeszcze jedną wodę mineralną i przerobić jeszcze jedno zagadnienie, tym bardziej, że zbliżał się termin sesji egzaminacyjnej. Najważniejsze aby dobrze wypełnić obowiązek wobec Ojczyzny.

Obowiązków w wojsku jest dosyć sporo. Wymienię tutaj jednak dwa główne, z którymi każdy kto służył w armii musiał się spotkać. Chodzi tu oczywiście o służby i warty. O ile służbę można zaliczyć do zajęć o małym stopniu uciążliwości (chyba, że się trafi na idiotę na odprawie), o tyle warta może być nawet bardzo niebezpieczna. Sam fakt posiadania kałasza z magazynikiem z ostrą amunicją jest stresujący, a tu jeszcze chodzenie z nim po nocy. Aby żołnierz mógł pełnić służbę wartowniczą musi zdać egzamin z prawa użycia broni. Jest to osiem punktów, które trzeba wykuć na blachę, bo w przypadku jakiegokolwiek nieszczęśliwego zdarzenia od tego zaczyna się przesłuchanie. Nie ma z tym przelewek. O każdej porze dnia i nocy trzeba umieć śpiewająco w swoim dobrze pojętym interesie. Licho nie śpi, a ten dobrze pojęty interes to wolność. W trakcie mojego pobytu w Toruniu, podchorążowie z SPR-u pełnili służby w trzech miejscach. Na parterze naszego budynku, gdzie znajdowało się Studium Języków Obcych i na dwóch piętrach, gdzie mieściły się nasze sale. Służba podoficera dyżurnego w Studium Języków Obcych należała do kategorii lekkich i ciekawych. Oprócz studentów WSO na naukę angielskiego, francuskiego, niemieckiego czy rosyjskiego przyjeżdżali również wysocy rangą oficerowie z różnych formacji Wojska Polskiego. Widać to było szczególnie po kolorach beretów. Po skończonych zajęciach całość zamykano na klucz, więc nikt niepowołany nie miał wstępu na teren studium. Cisza, spokój. Natomiast warty rozpoczęły się dopiero w połowie szkółki, zatem nie wszyscy mieli możliwość sprawdzenia się w tej roli. W cywilu nigdy nie wyobrażałem sobie bardzo szybkiej ścieżki awansu. Natomiast tu w wojsku awans spotkał nas trzykrotnie. I tak: po raz pierwszy zabieliło się na pagonach po przysiędze, kiedy każdy z nas został starszym szeregowym podchorążym, drugi raz w dniu 1 czerwca, kiedy na pagony wskoczyły dwie belki (kapral podchorąży) i trzeci tuż przed samym końcem szkółki, kiedy awansowano nas na starszych kaprali podchorążych. Z takim też stopniem trafiłem na praktykę do jednostki. Ktoś może powiedzieć, że to głupstwo. Być może, że głupstwo - ale cieszy. Tym bardziej, że studenci WSO na trzy belki muszą czekać minimum cały rok studiów, jak nie dłużej.

Teraz parę słów o załodze RUDEGO 102.

Przemysław Dębowski - Dempsey -pisarz, dziennikowy, w cywilu nauczyciel. Kochał samokształcenie w Kocim ogonie, posiadał duże możliwości jeżeli chodzi o ilość oranżady wprowadzanej w organizm. Strasznie wesoły gość, bez Niego Rudy straciłby cały blask. Tarczę na strzelnicy pozostawił dziewiczą.

Krzysztof Gołek - Leon -pracownik telewizji kablowej, występował w filmie, podczas unitarki umożliwiał nam kontakt ze światem zewnętrznym poprzez swoją komórkę, czym doprowadził niektórych podchorążych na skraj bankructwa.

Krzysztof Morawski -myśliwy, w pewnym momencie robił za kuriera do Warszawy, skąd pochodzi, więc często bywał w domu.

Jacek Dudka - Duduś -tego gościa trzeba zobaczyć jak śpi, jego doskonałe miny mogą rozśmieszyć nawet najbardziej nadętego bufona.

Marek Jacek Sowiński - Miglanc -funkcyjny, znany i lubiany chyba przez cały SPR, miał duże kłopoty z rannym wstawaniem. Strasznie wesoły gość, bez Niego też by było smutno.

Krzysztof Romaniuk - Nowy -wystrzelał sobie urlop, wprowadził się do naszego czołgu stosunkowo późno, ale szybko nawiązał z nami kontakt.

Artur Paszkowski - Generał -prawnik, jego korzenie sięgają Japonii, strasznie się denerwował jak przegrywał w 3-5-8.

Marcin Marcinkowski -fanatyk koszykówki, złamał nogę, więc miał ją w gipsie na którym wszyscy złożyliśmy stosowne parafki.

Sławomir Nowak -siła spokoju.

Był jeszcze z nami Krzysztof Kida - Kiduś, ale znudziło mu się wojsko i poszedł do cywila. Złożył uroczystą przysięgę, pobył jeszcze parę dni i tyle Go armia widziała. Trudny partner w dyskusji. Muszę również wspomnieć, że nasz pluton składał się jeszcze z pokoju 101, którego skład na łamach tej strony pozdrawiam. Wszyscy razem tworzyliśmy jedną całość. Podobno byliśmy najbardziej niezdyscyplinowani i sialiśmy zamęt w całym SPR. Tak uważał jeden pan porucznik, który nas nie lubił (my go również).

Mijały dni i godziny, panowie podchorążowie się szkolili, aż wreszcie nadeszła długo oczekiwana chwila -tzn. 22, 23, 24 czerwiec, czyli dni sesji egzaminacyjnej. Podniecenie sięgało zenitu. Wszyscy zadawali sobie pytania "co będzie jak ktoś nie zda egzaminu?" Na szczęście cały stan osobowy doskonale przygotował się do tematów, więc nie było żadnych problemów. Wszyscy bazowali na własnych wiadomościach zdobytych w trakcie tego trzymiesięcznego pobytu. Egzaminy miały formę testową, i ustną, w zasadzie nie różniły się od tych na uczelni cywilnej. Ściągać też nie pozwalano. Uprzejmie informuję, że wszyscy zdali. Jedni na piątki, drudzy na czwórki, inni na trójki. SPR zakończył edukację, no bo jakże mogło być inaczej.

Wieczorem udaliśmy się do naszego ulubionego pubu i tam świętowaliśmy zakończenie turnusu. Ale przedtem dowódca wypisał nam wszystkim przepustki jednorazowe ważne aż do 5.30 dnia następnego. Zaoszczędziliśmy sobie w ten sposób ewentualność skakania przez płot i spotkania ze służbą wartowniczą. Przepustki stałe obowiązywały do 24, ale przecież wiadomo było, że ta ostatnia impreza nie zakończy się tak wcześnie.

Ostatniego dnia tzn w czwartek 25 czerwca 1998 roku odbyło się jeszcze oficjalne wręczenie świadectw ukończenia przeszkolenia, były gratulacje i takie tam inne przemówienia. Później nastąpiło rozliczenie i panowie podchorążowie udali się do domów, aby po krótkim odpoczynku, od dnia 29 czerwca rozpocząć II etap przygody w wojsku tzw praktykę w jednostkach.

Czy w wojsku może być normalnie?
To pytanie zadaje sobie chyba każdy, kto tam był i widział co się tam dzieje i jak ten cały organizm funkcjonuje. Ja odpowiem w ten sposób: -wszystko zależy od ludzi. W trakcie mojego pobytu w Szkole Podchorążych Rezerwy przy WSO w Toruniu przekonałem się, że w wojsku może być w miarę normalnie. I nie trzeba w tym celu robić żadnej rewolucji, wystarczy odrobina zdrowego rozsądku i trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość.

Toruńskie przejawy normalności wojskowej to:

Przepustka stała od godziny 16.00 do 24.00
Po przysiędze każdy podchorąży dostał właśnie ten wymarzony kawałek kartonika, będący niejako biletem w druga stronę. Pozwalał on bowiem na opuszczenie jednostki po apelu popołudniowym, umożliwiając w ten sposób kontakt ze światem zewnętrznym. Wychodząc za bramę, szliśmy sobie zazwyczaj na Stare Miasto albo nad Wisłę. Po pewnym czasie mieliśmy już stałe miejsce naszych wędrówek. Był to pub Koci Ogon na rogu ulicy Rabiańskiej i Św. Ducha. Obsługa tego lokalu była tak sympatyczna, że pewnego dnia nie mogliśmy sobie odmówić zrobienia z nimi pamiątkowego zdjęcia. Więc władowaliśmy się za bar (pytając uprzednio o zgodę właściciela) i wspólnie zrobiliśmy sobie zdjęcie. Zostawialiśmy tam sporo kasy, ale nikt z nas nie żałował nawet złotówki. Żałowaliśmy tylko jednego, że to co dobre szybko się kończy. Zakończenie SPR-u też tam świętowaliśmy. Jeżeli kiedyś będziecie w Toruniu to na rogu Rabiańskiej i Św. Ducha zawsze mile spędzicie czas. Sprawdzone. Drugim często odwiedzanym miejscem była promenada nad Wisłą, gdzie podczas ciepłych dni przychodziło sporo ludzi. Krótki spacer wzdłuż brzegu doskonale koił nerwy, a dla osłody podchorążackiego życia polecam też pyszne toruńskie pierniki słynne w całej Polsce i za granicą.

Koniec tupania po przysiędze.
Uciążliwości wojskowej musztry znosiliśmy tylko do przysięgi. Potem wszystko wróciło do normy. Nogi odpoczęły, a krok defiladowy powoli odchodził w zapomnienie. Z planu zajęć zniknęła więc musztra, ustępując miejsca zajęciom teoretycznym i poligonowym.

Brak rejonów zewnętrznych.
Niemożliwe w innych jednostkach, tu było rzeczywistością. To zadanie dzielnie wypełniali podchorążowie z WSO. Do nas należało utrzymanie porządku w rejonach wewnętrznych - korytarza, toalet i sal.

Typowy wojskowy idiotyzm ograniczony do niezbędnego minimum i tylko w wykonaniu niektórych trepów.
Dla cywila wojskowa rzeczywistość może wydawać się niezrozumiała, śmieszna, a nawet wręcz idiotyczna. Pół biedy, jeżeli dotyczy to spraw czysto militarnych. Ale każdy zadać może pytanie, czy gotowość bojowa jednostki zależy od sposobu ułożenia przyborów toaletowych w szafce, czy też od tego jakie slipki nosi żołnierz, i czy ma skarpety czarne, czy zielone. Czy numer książeczki wojskowej jest tak istotny, że trzeba się go uczyć na pamięć?

Jak na warunki wojskowe częste wyjazdy do domu.
Turnus - kwiecień 1998 dobrze trafił w kalendarz. Pierwsza możliwość wyjazdu do domu nadeszła praktycznie po niecałych dwóch tygodniach, bowiem w kwietniu wypadały Święta Wielkanocne. Nikt z nas nie liczył, że przyjedzie na ten okres do domu. Tym bardziej, że przed przysięgą nigdy nie wypuszczano z jednostek. Tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Szkoła Podchorążych Rezerwy w dniach 12, 13 kwietnia była pusta !!! Podchorążowie bez przysięgi pojechali do domu - niemożliwe, a jednak prawdziwe. Dwutygodniowa fala trwała nadal. Po Świętach zbliżała się bowiem przysięga - bardzo ważne wydarzenie dla każdego żołnierza. Kończy ona bowiem tzw. szkolenie unitarne i wiąże się zazwyczaj z pierwszym wyjazdem do domu na przepustkę lub urlop. Dla nas był to już drugi wyjazd. Zatem 25 i 26 kwietnia Szkoła Podchorążych Rezerwy znowu opustoszała. Jakże trudno wraca się do koszar, mając na uwadze, że zbliża się maj. Oj, pojechałoby się na majówkę. No i marzenia się spełniły. Budynek znowu opustoszał. Tym razem na 1, 2 i 3 maja.

Zero amby
Co to jest amba? Amba to takie zwierze, co się nie boi tylko bierze. Może zabrać różne rzeczy - pastę do zębów, pas, niezbędnik, ... Ma również nadzwyczajną zdolność do rozmnażania. No i walczą z nią kolejne roczniki poborowych i jakoś nie mogą jej wytępić. Chyba już na zawsze zostanie nieodzownym atrybutem życia w wojsku. Zdeptana przez jednych - ze zdwojoną siłą pojawia się u innych, Amba ma również właściwości higieniczne. Czyści bowiem kieszenie przy okazji apelów mundurowych.

Cały dzień ciepła woda pod prysznicem

Zdaję sobie sprawę, że nie wszędzie jest tak kolorowo. Ja opisuję to co zastałem i co przeżyłem. Mogę powiedzieć, że chyba miałem szczęście. Będąc w Toruniu poznałem również wielu fajnych ludzi. Niektórych pewnie już nigdy nie spotkam, bo takie są koleje losu. Jeszcze tak niedawno wspólnie tworzyliśmy "Pluton DANA". Teraz każdy rozjechał się w swoją stronę. Po nas przyjdą następni a po nich następni. I znowu wszystko zacznie się od początku ... wcielenie, musztra, przysięga ... Ale moja służba jeszcze się przecież nie zakończyła. Teraz czekał mnie drugi jej etap. Do nowej jednostki miałem się stawić dokładnie 29 czerwca. Dokładnie tego dnia mam imieniny.

O tym co zobaczyłem i jak zostałem przyjęty w nowej jednostce można przeczytać w drugiej części moich wspomnień. Zapraszam.