Ostatnia aktualizacja: 10.06.2018 r.

Autor

Strona główna
O autorze
Napisz do mnie

Moje wojsko

Wstęp
WSO Toruń
Praktyka w JW 1891 Chełm
Początki
Codzienność
O ludziach
Zakończenie

Szkoła Podchorążych Rezerwy

Wykaz SPR-ów
Historia
Opinie
Słowniczek poMONcniczek
por. Adnik radzi
Najciaśniejsze trepy

Kurs Szkolenia Rezerw

Informacje ogólne
KSR w Poznaniu
KSR w Toruniu
KSR we Wrocławiu

Różne

Linki wojskowe
Skąd się biorą trepy
Na papierze
8 lat po wojsku
Na papierze - Paragraf 13

Moja fotogaleria

WSO Toruń
JW 1891 Chełm
Koci Ogon

Statystyka

 
Gadu-gadu:
628 004

 

Copyright 1998-2018 by
Paweł Siekański
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISO 8859-2
Serwis istnieje od 28.01.1998 r.

"Żyj tak, by nikt przez ciebie nie płakał"

>> Moje wojsko: Codzienność

Kiedy już zaaklimatyzowałem się w nowym otoczeniu, przyszła wreszcie pora wypełniania codziennych żołnierskich obowiązków. Jak wcześniej wspomniałem mój dzień pracy zaczynał się około godziny 7.00, ale oczywiście budziłem się już parę minut po 6, ponieważ po pierwsze -organizm miał już wbudowany wewnętrzny budzik, po drugie -odgłosy pobudki dochodziły również do mojego pokoju, a po trzecie -zbiegający na zaprawę żołnierze budzili nawet najwytrwalszego śpiocha. Ot, taki urok mieszkania w jednostce. O ile w zaprawach porannych nie uczestniczyłem to i tak codziennie z samego rana miałem krótki spacerek. Otóż jednym z moich obowiązków, było uczestniczenie w owych wycieczkach z jednej strony jednostki na drugą. Te wycieczki okazały się bowiem marszami na posiłki, ponieważ stołówka znajdowała się tylko po przeciwnej stronie ulicy. Dlatego też potrzebni byli również ci w odblaskowych kamizelkach, którzy zatrzymując lizakami samochody, umożliwiali bezpieczne przejście żołnierzy na śniadanie, obiad i kolację. Aby kolumna żołnierzy mogła przejść przez bramę to oprócz podoficera dyżurnego, który ją prowadził, musiał iść jeszcze ktoś jako tzw. nadzór ze strony kadry. I właśnie w tych bateriach, gdzie byli podchorążowie owy nadzór spoczywał na ich barkach. Bardzo przyjemne zajęcie, nie wymagające zbytniego wysiłku. Tak więc każdego dnia odbywałem dwa, a jeżeli załapałem się na kolację, to trzy spacery. Stołówka do której przychodziliśmy swoim wystrojem Mc. Donalds`a nie przypominała -niby czysto ale... sposób serwowania posiłków ... Chociaż metalowe tace tutaj również występowały, to ja już nie miałem z nimi do czynienia ponieważ jadałem w części dla kadry. A tu stoły miały nawet białe obrusy, był również kelner w białym fartuchu, który przynosił drugie danie. Prawdę mówiąc trochę dziwnie się czułem wchodząc za tą szybę, która oddzielała część wojskową od części dla kadry. Najbardziej jednak odpowiadała mi kolacja, kiedy to siadałem sobie razem z żołnierzami z mojej baterii, wtapiaj±c się w jednolity zielony tłum ludzi. Wtedy faktycznie byłem jednym z nich -żołnierzem wziętym z poboru, odliczającym dni do cywila. Fakt że nie wchodziłem na stołówkę dla kadry wywoływał u niektórych żołnierzy z innych baterii zdziwienie. Dla mnie nie było to nic dziwnego. Dla mnie było to normalne. Przy okazji posiłków to na długo w mojej pamięci pozostanie mi bardzo miła historia, która wydarzyła się pewnej niedzieli podczas obiadu. Kiedy wszedłem na pustą stołówkę (w niedzielę zazwyczaj była pusta, bo kadra siedziała sobie w domu) po chwili pojawił się jeden z żołnierzy w białym fartuchu i powiedział: "Czołem Panie Podchorąży, czy mam podać zupę, czy tylko drugie danie?" Zaskoczony tym pytaniem odpowiedziałem, że jeżeli jest jakaś w miarę normalna i zjadliwa zupa to chętnie zjem również zupę. "Dzisiaj jest rosół - zaraz przyniosę" -odpowiedział i po chwili dostałem pełną wazę rosołu w wydaniu wojskowym. Drugie danie natomiast, otrzymałem w nieco zwiększonej ilości, co również mnie zaskoczyło. "Smacznego, za moment podam kompot". Pomimo, że był to jak zwykle typowy wojskowy posiłek, to jednak smakował on inaczej. Smakował inaczej, bo w tej szarej, nienormalnej, często chamskiej, wojskowej rzeczywistości pojawiło się zupełnie coś innego -NORMALNOŚĆ. Po skończonym obiedzie podszedłem do Niego i podziękowałem Mu za tak fantastyczną obsługę, co tym razem u Niego wywołało zaskoczenie. Wymieniliśmy jeszcze uścisk dłoni i każdy z nas wrócił do swoich obowiązków. Nigdy Go już na kuchni nie spotkałem, a to wydarzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że bez względu na warunki w jakich przychodzi człowiekowi funkcjonować to s± tacy, którzy zawsze sobą reprezentuj± klasę bez względu na stopień, wykształcenie, czy zajmowane stanowisko. Ten chłopak taką klasę właśnie reprezentował i szkoda, że w wojsku jest takich mało. Bowiem ta instytucja jest chora dlatego, że w wielu wypadkach ludzie, którzy tam są (bez względu czy jest to żołnierz zawodowy, czy żołnierz służby zasadniczej, czy żołnierz służby nadterminowej, czy żołnierz po studiach) nie mają zielonego pojęcia jak się powinno kierować zespołem ludzkim w tak trudnych warunkach, biorąc pod uwagę, że zdecydowana większość znalazła się w wojsku wbrew własnej woli.

Oprócz zajęć typowo wojskowych, codziennie miałem kontakt z szeroko pojętą biurokracją, która w armii też istnieje. Jako, że w cywilu jestem urzędnikiem państwowym, najlepiej czułem się w papierach, chociaż do pisania planów-konspektów nie dałem się namówić. Co innego pisanie na maszynie (komputera niestety nie było), czy też wypełnianie różnego rodzaju kwitów. No oczywiście w granicach rozsądku, tym bardziej, że nie chciałem odbierać zajęcia pisarzowi. Będąc w jednostce dosyć często uczestniczyłem również w tzw. strzelaniu kadry, co sprawiało mi dużą frajdę, no skoro już się znalazłem w armii to dlaczego nie skorzystać z tego co ona oferuje. Będąc na szkółce strzelałem dwa razy z kałasza i raz z broni krótkiej, a tu w jednostce kadra w zasadzie co dwa tygodnie miała strzelanie, więc trochę dziurek w tarczy zostawiłem. Inne obowiązki którymi mnie obarczono zostaną moją osobistą tajemnicą -ci co byli to wiedzą, ci co nie byli -niech pozostaną w niepewności. Dzień pracy kończył się mniej więcej około godziny piętnastej, kiedy kadra zawodowa opuszczała jednostkę, a ja po obiadku udawałem się do swojego małego pokoiku aby włączyć zalegatora, który zazwyczaj trwał do kolacji. Strasznie lubiłem tego zalegatora -w cywilu nigdy nie mogłem sobie tak często spać bo obowiązki, praca, nauka i takie tam różne rzeczy. W wojsku warunki szeroko pojętego wypoczynku miałem znakomite, więc wykorzystywałem je do bólu. Jeżeli pogoda na dworze była sprzyjająca, to po kolacji wychodziłem sobie na miasto w celach turystyczno-poznawczych.

Czy pamiętasz, Czytelniku, star±, dobrą, polską komedię "Nie lubię poniedziałku"? Tam jeden mleczarz roznoszący mleko po blokach powiedział w pewnym momencie: "Jak ja nie lubię poniedziałku...". Ten fragment odpowiadał doskonale mojemu nastrojowi właśnie w pierwszy dzień tygodnia. W jednostce poniedziałek też był dniem szczególnym, różniącym się od pozostałych. W tym dniu odbywało się bowiem tzw. rozprowadzenie, a czasem również analiza dyscypliny. Zaraz po śniadaniu zbierali się wszyscy na placu, następowały meldunki, baczność, spocznij, czołem żołnierze, itd, itp. a po zakończeniu części formalnej rozpoczynało się -mówiąc oględnie- pranie dywizjonowych brudów. Można było się dowiedzieć, że szeregowego Iksińskiego żandarmeria złapała, że tu i ówdzie jest syf, to i to jest nie zrobione, a miało być i takie tam różne inne sprawy mniej lub bardziej poważne. Najciekawsze w tym wszystkim było to, że po tych kilkunastu minutach omawiania i wałkowania generalnie nic się nie zmieniało. Wszystko nadal toczyło się tak jak dotychczas. Organizm funkcjonował na zasadzie uporządkowanego bałaganu. I to jest fenomen a zarazem specyfika wojska. Burza zaczynała się dopiero wtedy, gdy istniało podejrzenie, że przyjedzie "panika" czyli jakaś kontrola, albo inspekcja. No ale kontroli to się wszyscy boją, czy to w wojsku, czy w cywilu. Kontrola zawsze wywołuje dreszczyk emocji - więc nawet ten co ma porządek, też się boi, bo lepiej być kontrolującym niż kontrolowanym, a jak się chce kogoś uziemić to zawsze się coś znajdzie. "Poniedziałkowe porządki" pozostaną mi w pamięci bardzo długo, ponieważ przypominały mi podobne spotkania organizowane w mojej firmie, tyle tylko, że te nazywały się naradami miesięcznymi, ale pranie wydziałowych brudów też się odbywało i odbywa do tej pory.

Mijał dzień za dniem, a im bliżej było końca, tym częściej moi bezpośredni przełożeni przypominali mi o zbliżającym się egzaminie oficerskim. Zdawałem już różne egzaminy -maturę, wstępne na studia, na prawo jazdy, sesje letnie, zimowe, poprawkowe i masę innych, ale egzaminu oficerskiego jeszcze nigdy. Więc skoro mam zdawać to będę zdawał. Jeden w tą czy w tą -nie sprawia różnicy. Przedmiotów było kilka, między innymi wychowanie fizyczne i szkolenie strzeleckie. Dystans 3000 m jakoś przebiegłem (sam się zdziwiłem), a na strzelnicy wystrzelałem 39 punktów co dało mi ocenę pozytywną. Ale najtrudniejsza była jednak teoria. Oj, co się napociłem to tylko ja wiem. Protokół komisja egzaminacyjna sporządziła i podpisała. Otrzymałem również stosowne zaświadczenie o odbytym przeszkoleniu i mogłem już spokojnie oczekiwać dnia 25 września, aby wrócić do cywilnej rzeczywistości.

Kiedy 1 kwietnia rozpoczynałem służbę wojskową okres sześciu miesięcy wydawał mi się wiecznością. Ubolewałem również nad faktem, że rozwiały się moje wszystkie plany z nadchodzącymi wakacjami. Tymczasem zarówno SPR jak i praktyka minęły bardzo szybko, a słowa te pisałem już w okresie, kiedy na drzewach nie było liści i tylko patrzeć jak zawita zima. Nadszedł więc również 25 wrzesień -ostatni dzień pobytu w jednostce. Zdanie munduru, pakowanie tobołów, pożegnanie i ostatni przejazd pociągiem bez biletu -wszystko to uświadomiło mi, że wracam do cywila. Wspomnienia, album ze zdjęciami oraz pieczątki w dowodzie osobistym i książeczce wojskowej przypominają o tym, że kiedyś nosiłem zielony mundur z biało-czerwoną flagą na ramieniu. Zapewne ten okres długo jeszcze zostanie mi w pamięci, bowiem był on prawdziwym egzaminem dojrzałości, faktycznym sprawdzianem tego, na co mnie stać. Jeszcze tylko kilka minut i miasto w którym spędziłem trzy miesiące mojej służby pozostanie wspomnieniem. Być może jeszcze kiedyś je odwiedzę, ale pewnie już w innych okolicznościach.